🇩🇪/🇸🇮 NartaGate, czyli jak wielkim pośmiewiskiem są obecnie skoki narciarskie

Dzisiejszy konkurs drużynowy zdecydowanie należał do tych z kategorii szalonych, mówiąc zwłaszcza o aspektach pozasportowych. Najlepszym tego przykładem jest zamieszanie, które zaistniało w przypadku Domena Prevca 🇸🇮. Tyle słowem wstępu, teraz przechodzimy do opisu sytuacji.

Na belce startowej znajduję się Marius Lindvik 🇸🇯 szykujący się do oddania próby, jednakże nie oddaje jej, ponieważ zdarza się coś dziwnego.
Tuż zza belki po rozbiegu skoczni zaczyna zsuwać się narta, która po zahaczeniu Norwega zlatuje na sam dół skoczni oddając dłuższy skok niż sami nasi dzisiejsi reprezentanci. Wszyscy są w konsternacji, nikt nie wie co się realnie wydarzyło. Nastaje przerwa, po której Norweg oddaje swoją próbę, a my w tym czasie dowiadujemy się o szczegółach tegoż zamieszania. Zgubiona narta należała bowiem do Domena Prevca 🇸🇮, który z niecierpliwieniem czekał na to, czy członkowie ekipy doniosą mu sprzęt na czas. W momencie, gdy narty zostają dostarczone zdarza się kolejna dziwna sytuacja. Delegat techniczny Hubert Mathis 🇨🇭 zatrzymuje Słoweńca informując go, że nie może oddać próby, co poskutkowało tym, że przy nazwisku Prevca pojawił się napis DNS. Oznaczało to pogrzebanie szans Słoweńców na kolejny medal w historii Mistrzostw Świata w Lotach.

Jednakże, zamieszanie na tym się nie skończyło, a dopiero jego bieg miał zamiar zacząć się rozwijać. Z pozoru wydaje się to logiczna sytuacja. Wina leży po stronie Słoweńców, ponieważ ktoś dopuścił do tego, że narta zleciała w dół dodatkowo narażając na niebezpieczeństwo samego Lindvika. Tym bardziej do takiej retoryki skłania informacja, że to sam Domen podczas kontroli na górze źle zabezpieczył swoje narty. Lecz, w życiu nigdy nie jest tak prosto. FIS dorzucił do tej sprawy również swoje trzy grosze. Gdyby sytuacja była tak jasna od samego początku to napis DNS obok nazwiska Prevca powinien się pojawić już tuż po skoku kończącym pierwszą serię. Jednakże tak się nie wydarzyło, przez co każdy wraz z Domenem czekał na rozwój sytuacji i na to czy ekipa słoweńska zdąży donieść narty na czas. Ostatecznie okazało się, że walka z czasem była niepotrzebna, ponieważ w dziwny sposób o brutalnym werdykcie poinformował ich delegat techniczny.

To już koniec zamieszania wokół tej afery? Otóż nie. Druga seria rozpoczęła się z opóźnieniem, a jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był protest Słoweńców, który szybko został odrzucony przez jury. Dlatego ekipa Roberta Hrgota 🇸🇮 postanowiła zaprotestować przeciwko FIS w inny sposób, wycofując się z zawodów. Timi Zajc został ściągnięty z belki startowej powoli wracając na górę skoczni, aby po tym szybko wrócić na nią. Dlaczego? Słoweńcy ostatecznie wrócili jednak do zawodów. Le Cabaret.

Koniec? Wciąż nie. Po zawodach bardzo ważną informację do mediów przekazał Jakub Balcerski (Sport.pl). W rozmowie z Wiktorem Fickowskim 🇵🇱 dowiedział się, że za dane zamieszanie nie odpowiada, ani członek ekipy słoweńskiej, ani sam Domen Prevc, tylko bardzo prawdopodobnie asystent kontrolera sprzętu. Wyjaśniając sprawę jasno. Podczas kontroli zawodnika zabrakło pewnej osoby obok, która byłaby w stanie przytrzymać narty na chwilę, dlatego sam Prevc postanowił oprzeć je o ścianę. Moment po tym do gry możliwie wkroczył inny bohater czyli asystent kontrolera, który obracając się strącił narty, przez co poleciały one na sam dół.

Dzisiejszy konkurs drużynowy, a zarazem całe tegoroczne Mistrzostwa Świata w Lotach były jedną wielką antyreklamą skoków narciarskich. Kuriozalne decyzje jury dotyczące belki spowodowały, że podczas tejże imprezy nie mieliśmy żadnej próby zakończonej chociażby na rozmiarze skoczni. Ponadto oliwy do ognia dolało całe dzisiejsze zamieszanie wokół najlepszego obecnie zawodnika na świecie. Nasza ukochana dyscyplina zmierza w złym kierunku i niestety o tym wiemy już nie od dziś, wiedząc również, że ta tendencja spadkowa nie zamierza się zatrzymać.


Źródła: Skijumping.pl, Sport.pl